Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 grudnia 2014

Żegnaj 2014!

Przyszła pora na rachunek sumienia ;). Trzeba się rozliczyć z tego posta :)
Aktywność na blogu nieco mi wzrosła, ale nie napisałam tych założonych 100 postów ;). 75 to też dobra liczba i życzę sobie przynajmniej tylu w kolejnym roku.
50 książek nie przeczytałam, bo zwyczajnie nie miałam na to czasu. I tak wszędzie chodzę z książką i czytam w każdej wolnej chwili. Zwyczajnie za bardzo jestem zajęta...
Pracę zmieniłam i była to zmiana na lepsze. A teraz po głowie chodzą mi kolejne zmiany. Ale chyba dopiero po wakacjach.
Jeśli chodzi o maraton to jestem na siebie zła... Za szybko odpuściłam i potem już było za późno by ruszyć z przygotowaniami... Ale wierzę, że kiedyś to zrobię :).

Na przyszły rok coś pewnie sobie zaplanuję, ale jeszcze nie wiem co. Najważniejsze żeby 2015 był lepszy i spokojniejszy dla mojej rodziny!

czwartek, 11 grudnia 2014

Pierwszy rok włosowej manii ;)

Dokładnie rok temu trafiłam na blog Anwen. Pamiętam jaki problem miałam wtedy z włosami... Suche, zniszczone, z rozdwajającymi się końcami i takimi białymi kropeczkami, w miejscu których bardzo łatwo było przerwać włosa... Żeby je rozczesać używałam odżywki do spłukiwania, a następnie takiej bez spłukiwania i tzw. jedwabiu. Mimo to zamiast rozczesywać włosy ja je wyrywałam... Na szczotce zostawała mi dosłownie garść włosów... Po weselu siostry zamierzałam je obciąć i pewnie bym to zrobiła gdybym przez przypadek nie usłyszała o Anwen. Jak tylko przeczytałam kilka postów to przepadłam. Pamiętam, że w tamtym okresie miałam mnóstwo nauki a ja tylko czytałam, czytałam i czytałam. O włosach ;). Postanowiłam zawalczyć o zdrowe i długie, naprawdę długie włosy. Taki, jakich nigdy nie miałam. Wtedy też zrobiłam sobie pierwsze włosowe zdjęcie. O takie:

Kilka dni później poszłam do fryzjerki i podcięłam 2-3 m włosów, na równo. Pozbyłam się tych najbardziej zniszczonych końców a o to co zostało zaczęłam intensywnie dbać. Na początku chciałam spróbować wszystkiego. Kupiłam polecane szampony, odżywki, maski, sera, wcierki, oleje... Nawet nie będę liczyć pieniędzy, które na to wydałam ;). Szalałam, każdą wolną chwilę poświęcałam na dbaniu o włosy albo czytaniu jak o te włosy dbać. Rezultaty były widoczne już po 2 tygodniach... Nie miałam problemu z rozczesywaniem włosów... Mniej więcej co miesiąc robiłam sobie zdjęcie porównawcze  (wszystkie te zdjęcia są w zakładce "Włosomania") i co miesiąc też podcinałam ok 2cm włosów. Końcówki nadal szybko mi się niszczyły a na radykalne cięcie o jakieś 10cm nie byłam w stanie się zdecydować. Wolałam po troszkę co miesiąc, żeby nie widzieć tej drastycznej różnicy ;). Kupiłam sobie nożyczki do włosów i na początku każdego miesiąca wykonuje cięcie. Wydaje się niemożliwe? Są banalne sposoby żeby zrobić to samemu, szybko i prosto. Wystarczy chcieć.
Wiedziałam, że tak często podcinane włosy będą albo tej samej długości albo niewiele dłuższe z miesiąca na miesiąc. A przecież ja chcę mieć długie włosy :)! Są na to sposoby - wcierki. One naprawdę działają. Poza tym pokochałam skrzypokrzywę, chociaż smakuje jak trawa:), i staram się ją pić codziennie. Robię oczywiście zalecane przerwy, ale jest ona obowiązkowym punktem mojego dnia i nawet M. wstawiając wodę pyta "Chcesz herbatę czy trawę?" Porównując zdjęcia z początków i z teraz widać, że są dłuższe ;)

Zmienił się też ich kolor-wyjaśniały. Tzn wypłukała się z nich farba, którą ostatni raz nałożyłam 15.08.2014. Kolor odrostów jest minimalnie ciemniejszy od włosów na długości czego wcale nie widać na co dzień, za to często uwydatnia się na zdjęciach i wygląda brzydko. Pozostaje mi czekać i dożyć czasów jak cała długość moich włosów będzie w naturalnym kolorze a te farbowane całkowicie zetnę. Za kilka lat pewnie się doczekam ;).
Jak na rasową włosomaniaczkę mam też książkę mojej guru :)
Kupił mi ją M. z okazji Mikołajek :). Bo on się cieszy, że ja już nie chcę obcinać włosów :). Jak chyba każdy facet lubi długie i bardzo marudził za czasów jak nosiłam się z zamiarem drastycznego cięcia :).
Obecnie już trochę przystopowałam z tymi eksperymentami, bo nawet w przypadku włosów sprawdza się powiedzenie co za dużo to niezdrowo :P.
Dzisiaj z okazji tej pierwszej rocznicy zmierzyłam odwód moich włosów. Mi wyszło 8cm, M. 7, uznajmy, że jest to 7,5 cm, czyli moje włosy są średniej gęstości a nie rzadkie tak jak mi wmawiano i w co sama wierzyłam :). Zrobiłam też zdjęcie tzw babyhair czyli nowym włosom które wyrosły odkąd zaczęłam stosować wcierki. Jest ich naprawdę dużo i bywają dość niesforne. Trzeba mieć na nie sposób :)

Na koniec jeszcze zdjęcia włosów z dzisiaj. Dopiero teraz zobaczyłam jak kiepskiej są jakości. Niestety aktualnie włosy mam mokre, więc nie zrobię nowych zdjęć, muszą być te, które już są :)


To by było na tyle. Kolejny taki wpis już za rok :)

Buziaki!





czwartek, 4 grudnia 2014

Grudzień

No i mamy ostatni miesiąc w roku ;). Niedługo przyjdzie ten rok podsumować a ja będę miała kaca moralnego, że niewiele z planów noworocznych udało mi się zrealizować... Ale zacznie się kolejny rok i znów będę mogła sobie snuć plany bez końca ;). I tak w kółko i w kółko aż kiedyś wszystkie plany zrealizuje ;).
Jestem już prawie zdrowa, pozostał mi niewielki katar, ale to nic w porównaniu do tego, co było jeszcze kilka dnia temu. Na uczelni napisałam dzisiaj ważne koło, zaliczyłam prezentację na 85% i do świąt mam względny luz. Przynajmniej na uczelni :P. Za to w pracy zacznie mi się jazda bez trzymanki. Od jutra aż do 19 grudnia będę w pracy codziennie za wyjątkiem wtoków kiedy to mam dużo zajęć na uczelni. Milutko, co ;)? Chyba się wykończę! A jak się nie wykończę to od 20 do 28 będę sobie leniuchować, odpoczywać, świętować, czytać i nie wiem co jeszcze :).
Postanowiłam ostatnio, że odnowię kontakty z koleżankami z czasów gimnazjum i liceum. Tyle ich mam we Wrocławiu a nie widziałyśmy się ponad rok... Zawsze nie ma czasu, zapomni się albo wymyśli jakąś wymówkę. A przecież miło jest się spotkać, pogadać, poplotkować. Dzisiaj rozpuściłam sieci i już jutro przed pracą widzę się z jedną z nich. Nie mogę się doczekać!
Na koniec powiem Wam jeszcze, że ostatnio robiłam swój pierwszy w życiu test ciążowy. Wynik negatywny, żeby nie było. (Nie)stety;)? @ spóźniał mi się kilka dni, brało mnie przeziębienie i wybierałam się do domu gdzie w planach była impreza i alkohol. Żeby z czystym sumieniem wziąć leki a potem wypić jakiś alkohol zrobiłam test... Co to były za emocje! Niesamowite jak można się stresować przed małym białym pudełeczkiem, które ma nam oznajmić jak wkrótce będzie wyglądało nasze życie. Stresowałam się, że będą dwie kreski, a jak zobaczyłam tylko jedną to jakoś tak smutno mi się zrobiło... I weź tu zrozum kobietę :P

sobota, 23 sierpnia 2014

Wróciałam :)

Od ostatniego wpisu wiele się wydarzyło.

Najpierw cały weekend spędziłam w pracy. Piątek, sobota i niedziela w pracy po 12h. Uwielbiam to :). A zwłaszcza to, że za tydzień powtórka z rozrywki :). Po pracy zostałam we Wrocławiu jeszcze na dwa dni. Poniedziałek spędziłam na leniuchowaniu z M., bo oboje mieliśmy wolne. Wieczorem się odpicowaliśmy i polecieliśmy na romantico kolację tylko we dwoje. Też nam się należy, a co! Po kolacji wróciliśmy do mieszkania i było romantico do późnych godzin nocnych. We wtorek do Wrocławia przyjechała siostra M. razem ze znajomymi, więc cały dzień przeleciał na zwiedzaniu Wrocławia, obżeraniu się i piciu piwa. Jak dorwę od M. zdjęcia to Wam pokażę :). W środę po śniadaniu M. popędził do pracy, ja pożegnałam gości, ogarnęłam poremontowy bałagan po wymianie paneli i popędziłam na pociąg do domu.

W piątek rano zapakowałam mamcię, brata i psa do fury i popędziliśmy do mojej siostry. Najpierw byliśmy u jej teściowej na imieninach, potem w nowo otwartym aquaparku i na kajakach. Poza tym dużo spacerowaliśmy, podkarmialiśmy siostrę i jej lokatora w brzuchu, ja robiłam na drutach - taka nowa umiejętność :P.

W międzyczasie w piątek rano pożyczając nawigację od szwagra wybyłam do Wrocławia gdzie czekali już na mnie A. i jej cudaśny Mikołaj. Po odstaniu swojego w korku do bramek dojechałam w umówione miejsce. Zaparkowałam samochód i pędziłam na spotkanie. Po drodze zostałam ochlapana wodą z kałuży przez głupiego kierowcę i umoczyłam pożyczoną od siostry kieckę :P. Pomogłam jeszcze bardziej ochlapanej staruszce i pobiegłam do galerii, gdzie buszowali moi Poznaniacy. Z A. jak zwykle gadało nam się świetnie a jej Synuś - miód, malina! Śliczny, grzeczny, wiecznie uśmiechnięty. Tylko przez chwilę się mnie wstydził. A potem to już kokietował wzrokiem jak wszystkich ludzi dookoła ;). Kilka wspólnych godzin na rozmowach, spacerach i zabawach minęło zdecydowanie za szybko, pożegnaliśmy się i pojechałam jeszcze do mieszkania do M. Pogadaliśmy, zjedliśmy kolację i pojechałam z powrotem do siostry, gdzie byliśmy aż do czwartku.

W czwartek rano zapakowaliśmy wszystkie bagaże, zanieśliśmy siostrze klucze do pracy, pożegnaliśmy się i pojechaliśmy do Wrocławia. Odwiedziliśmy ogród japoński, posiedzieliśmy na pergoli. Potem pojechaliśmy pod Sky Tower, kupiliśmy bilety, poszliśmy coś zjeść a następnie wjechaliśmy windą na punkt widokowy. Pooglądaliśmy panoramę Wrocławia, pokazywaliśmy sobie znane nam budynki po czym zjechaliśmy na dół i spacerkiem poszliśmy do Rynku. Posiedzieliśmy na ławce, pooglądaliśmy uliczne występy, zjedliśmy tosty - przypomniałam mamie jej licealne czasy i wróciliśmy do mieszkania. Wczoraj po odwiezieniu M. do pracy, spacerze i lodach w Rynku zapakowaliśmy się do auta i wróciliśmy do domu.

W tydzień przejechałam prawie 1000km, spędziłam czas z ludźmi, których uwielbiam, zjadłam wiele pyszności i uśmiechałam się milion razy. To był super czas, udany wyjazd urlopowo-wakacyjny. I tylko trochę żal, że w te wakacje nie zobaczyłam morza... Ale jak nie teraz, to za rok! ;)





czwartek, 7 sierpnia 2014

Relacja :)

Wiem, wiem, obiecałam relację.
Zwlekałam z nią, bo byłam święcie przekonana, że nie mam kabla do aparatu. A co to za relacja bez zdjęć :)? Niedawno coś mnie tchnęło, poszukałam i znalazłam. Mogę się z Wami podzielić wrażeniami ze Szklarskiej. Mówiąc w skrócie: było super! A teraz będę się rozpisywać ;).

Wstałam w czwartek po 7. Ubrałam się, ogarnęłam i pojechałam do sklepu po pieczywo, napoje i inne pierdółki na drogę. Młody jest jeszcze jak dziecko - wycieczka dla Niego tylko z wypasionym prowiantem ;). Po powrocie do domu wstawiłam wodę na kawę i poszłam robić pobudkę. Najpierw mamie, potem Młodemu. Z mamą poszło łatwo, z Młodym gorzej. Po śniadaniu i moim tysiąckrotnym poganianiu wyruszyliśmy.

Podróż do Wrocławia minęła szybko - najpierw cały czas autostradą, potem obwodnicą. Zgarnęliśmy M. i kilka potrzebnych mi rzeczy i już jechaliśmy do Szklarskiej. Po drodze padał deszcz, chłopaki drzemali a ja dzielnie kierowałam. Jak dojeżdżaliśmy do Szklarskiej deszcz odpuścił - uznałam to za dobry znak :). Nie rezerwowaliśmy noclegów, postanowiliśmy poszukać na miejscu. I to był strzał w 10. Pierwszy pensjonat do jakiego weszliśmy i od razu sukces - fajny pokój, z łazienką, lodówką, w niewielkiej cenie. Długo się nie zastanawialiśmy. Szybko wnieśliśmy bagaże, przebraliśmy się i ruszyliśmy w miasto. Pierwszego dnia nie zapuszczaliśmy się w góry tylko poznawaliśmy miasto. Graliśmy w cymbergaja, szkoda, że dopiero teraz poznałam taktykę jak w to wygrywać :P. Zjeżdżaliśmy też na torze saneczkowym.
 Później poszliśmy na obiadową pizzę i oglądaliśmy między innymi kamienny krąg, Głazisko, Dziobatą i Piekielnik. Młody nam już marudził, że go nogi bolą, więc zrobiliśmy niewielkie zakupy i wróciliśmy do pokoju. Po kąpieli obejrzeliśmy kilka odcinków "Przyjaciół" i poszliśmy spać. 

Drugiego dnia po obfitym śniadaniu i perfekcyjnym zapakowaniu plecaków ruszyliśmy w góry. Na początek skierowaliśmy się na Wysoki kamień, stamtąd na Zakręt śmierci. Potem Sztolnie dawnej kopalni pirytu, zbójeckie skały, Lipa Sądowa, Chybotek, Wodospad Szklarki i stara Chata Walońska. Pogoda była w ram raz. Słońce nie grzało, deszcz nie padał. Czasem tylko pojawiała się mżawka. Jedynym minusem była mgła, która ograniczała nam piękne widoki.



W drodze powrotnej zaszliśmy na obiadokolację a potem tylko do pokoju, pod prysznic i relaks przy piwku i "Przyjaciołach". Młody się wciągnął w serial :).

Poranek dnia trzeciego wyglądał identycznie jak dnia drugiego - ja i M. udaliśmy się do sklepu po pieczywo, jogurty, owoce itp. a Młody ogarniał pokój, ścielił łóżka i powoli przygotowywał śniadanie. Po najedzeniu się i skapowaniu plecaków po brzegi znów ruszyliśmy w góry. Tym razem na pierwszy ogień poszło schronisko pod Łabskim Szczytem i sam Łabski Szczyt. Akurat na naszej trasie biegli uczestnicy Maratonu Karkonoskiego. My szliśmy pod górę, oni już z niej zbiegali. Dopingowaliśmy ich brawami a nawet dzieliliśmy się naszą wodą. Słoneczko pięknie świeciło, grzało nas niemiłosiernie, wiec i widoki mieliśmy cudne.






Z Łabskiego Szczytu udaliśmy się w kierunku Śnieżnych Kotłów. Obeszliśmy je najpierw górą, potem dołem. Po drodze, zaraz po moim stwierdzeniu, że niepotrzebnie nosimy kurtki, bo pewnie deszczu nie będzie, złapał nas deszcz. Na szczęście padało krótko, choć dosyć ulewnie. Kolejnym naszym celem była Szrenica. Na samą niestety nie dotarliśmy. Przy Trzech Świnkach Młody powiedział, że on już nie ma siły, więc postanowiliśmy  kierować się nie w górę a w dół. Zejście czerwonym szlakiem z Hali Szrenickiej było nie lada wyzwaniem. kto był, ten wie. Ciężko jest hamować, gdy nogi się same rozpędzają z kolei biec tam niebezpiecznie, bo stromo. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy Wodospadzie Kamieńczyka a potem to już na jedzonko i do pokoju.





Ostatniego dnia naszego pobytu spaliśmy do oporu, bez budzika. W końcu są wakacje :). Po śniadaniu spakowaliśmy się i zgodnie stwierdziliśmy, że nie mamy siły i za bardzo nas bolą nogi żeby jeszcze gdzieś chodzić, więc pakujemy się do auta i jedziemy do Wrocławia nad Morskie Oko. Niestety po przyjeździe przeszła merga ulewa i piękna pogoda gdzieś zniknęła... Ulewę przeczekaliśmy w mieszkaniu a następnie wybraliśmy się na Rynek na obiad i lody. Potem pojechaliśmy na dworzec po Mamcię, która wracała pociągiem od siostry. Znów padał deszcz, więc szybko się zapakowaliśmy do auta. Na koniec wyprawy zgubiłam się we Wrocławiu ;). Ale uratowała mnie nawigacja w telefonie. Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że pierwszy raz byłam w tamtych rejonach a mapy w necie sprawdzić nie mogłam, bo net nam nie działał w mieszkaniu... Koniec końców jakoś dałam radę, z miasta wyjechałam i bez problemu dojechałam do domu. Zrobiłam ponad 650km i jestem z siebie dumna, że tak dobrze mi poszło. Moje autko sprawuje się bez zastrzeżeń :P!




Mam nadzieję, że jesteście zadowolone ;). Jeśli ktoś, prócz widoczków, chce pooglądać też nas to zapraszam do galerii.




poniedziałek, 3 lutego 2014

I po piątym semestrze ;)

Piąty semestr, pięć egzaminów, a żadnej piątki... Ale za to wszystko w pierwszym terminie :). Oceny 4,5, 4, 4, 4 i 3, więc nie jest tak źle:). Jest nawet bardzo dobrze, bo dzisiaj zdałam ostatni egzamin i oddycham z ulgą. Mam czas żeby odpocząć, zrobić coś dla siebie, ugotować porządny obiad. Niestety mam tylko tydzień wolnego, nie dwa jak to niektórzy myśleli ;). W międzyczasie będę oczywiście chodzić do przacy, więc nie myślcie, że aż tak mi dobrze:P.
Kolejny semestr będzie gorszy, bo licencjat trzeba napisać, bo praktyki po drodze i ciągnąć się to wszystko będzie jak flaki z olejem. Zaczynam 10 lutego, kończę sesję 4 lipca. A potem obrona ;). Masakra! Plan za to mam fajny, piątki wolne, więc wszystko jakoś się równoważy i nie ma tego złego... :)
Teraz nie pozostaje mi nic innego jak wspierać M., bo jego sesja dopiero się zaczyna...
Pozdrawiam Was serdecznie!

P.S. Dla wszystkich ciekawych - ostatnim kulinarnym szaleństwem M. było Cannelloni ;). Pycha!

środa, 5 września 2012

Życie jest piękne...

... bo wczoraj zaliczyłam mój zaległy przedmiot i oficjalnie zakończyłam swoją "kampanię wrześniową". Indeksik w dziekanacie, można spać spokojnie :)!

... bo znalazłam fajny pokój, w rewelacyjnej cenie, w dobrej lokalizacji. A zapowiadało się koszmarnie drogo!

... bo kulinarnie dzisiaj odniosłam sukces :). Racuszki pierwsza klasa, leczo też, o syropie z własnych malin nie wspominając... Mniam, mniam :)

... bo mimo deszczowej pogody, mam to szczęście, że zostało mi jeszcze 2,5 tygodnia wakacji ;P

... bo mam dzisiaj dobry humor i nic, ani nikt, tego nie zmieni!

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Majówka - część I

Sobota i niedziela minęły tak jak zwykle. W sobotę sprzątanie, w niedzielę kościół i leniuchowanie.
Dzisiaj od rana kosiłam trawę, robiłam obiad, byłam na zakupach (bluzka, żakiet, lakier do paznokci są moje :)) a potem kończyłam koszenie. Pierwszy raz po zimie to zawsze jest męczarnia, więc padam na twarz.

Podsumowując wydarzenia sprzed tygodnia: to była najlepsza decyzja jaką podjęłam, bo jeśli wydaje nam się, że kogoś znamy to... tylko nam się tak wydaje...

I pozytywna wiadomość na koniec: mam już pracę na wakacje :D

środa, 4 stycznia 2012

Noworocznie

Wszystko się pomieszało, moje życie ma ostatnio tendencje do wywracania się do góry nogami. Plany świąteczne nie zostały zrealizowane, w tym czasie zaliczyliśmy milczenie, kłótnie, rozstanie. Widzieliśmy się niewiele, ale tak było lepiej. Do sylwestra się dogadaliśmy, na imprezie razem byliśmy, ale pod koniec znów się popsuło. Znów wszystko było na krawędzi... Teraz niby jest poprawnie... Ale to nie to, co kiedyś. Wiele się popsuło, ciężko to tak szybko naprawić.
Mam wrażenie, że życie przelatuje mi między palcami. Każdego wieczoru kładę się z myślą zmarnowanego dnia. Nic konkretnego nie robię, a dzień za dniem przelatuje mi między palcami. Zdecydowanie mam zimową chandrę. Jedyny pozytyw to studia, które "jakoś" mi idą, powoli, ale ciągle do przodu.

W związku z nowym rokiem czas na podsumowanie mijającego roku:
+cudowny rok z Niebieskim, zdecydowanie więcej radości niż smutku
+studniówka - impreza jak najbardziej udana
+matura - zdana dobrze (mogło być lepiej), ale zawsze zdana+najdłuższe i najfajniejsze wakacje mojego życia
+praca - nie do końca idealna, ale zawsze zarobkowa :)
+studia - nie do końca wymarzone, ale jestem zadowolona, że tak wyszło
+wzmocnienie relacji z siostrą i przyszłym szwagrem
+poprawienie relacji z rodziną Niebieskiego

-tragiczny koniec roku, który nie nastawia optymistycznie jeśli chodzi o przyszłość naszego związku. Czuję, że dużo pracy nas czeka.
-pogorszenie, i to znaczne, tak długo budowanych relacji z rodziną N.

Postanowienia noworoczne (nawet pomysł na mobilizację mam!) :
schudnąć do 52kg i taką wagę utrzymywać
ograniczyć słodycze, "śmieciowe żarcie", oduczyć się słodzić
nie objadać się wieczorami
ćwiczyć codziennie przynajmniej po pół godziny
dbać o ciało
lepiej planować swój czas
czytać więcej książek

W grudniu pojawi się tu bilans, zobaczymy co z niego wyniknie :)