Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą góry. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 sierpnia 2014

Relacja :)

Wiem, wiem, obiecałam relację.
Zwlekałam z nią, bo byłam święcie przekonana, że nie mam kabla do aparatu. A co to za relacja bez zdjęć :)? Niedawno coś mnie tchnęło, poszukałam i znalazłam. Mogę się z Wami podzielić wrażeniami ze Szklarskiej. Mówiąc w skrócie: było super! A teraz będę się rozpisywać ;).

Wstałam w czwartek po 7. Ubrałam się, ogarnęłam i pojechałam do sklepu po pieczywo, napoje i inne pierdółki na drogę. Młody jest jeszcze jak dziecko - wycieczka dla Niego tylko z wypasionym prowiantem ;). Po powrocie do domu wstawiłam wodę na kawę i poszłam robić pobudkę. Najpierw mamie, potem Młodemu. Z mamą poszło łatwo, z Młodym gorzej. Po śniadaniu i moim tysiąckrotnym poganianiu wyruszyliśmy.

Podróż do Wrocławia minęła szybko - najpierw cały czas autostradą, potem obwodnicą. Zgarnęliśmy M. i kilka potrzebnych mi rzeczy i już jechaliśmy do Szklarskiej. Po drodze padał deszcz, chłopaki drzemali a ja dzielnie kierowałam. Jak dojeżdżaliśmy do Szklarskiej deszcz odpuścił - uznałam to za dobry znak :). Nie rezerwowaliśmy noclegów, postanowiliśmy poszukać na miejscu. I to był strzał w 10. Pierwszy pensjonat do jakiego weszliśmy i od razu sukces - fajny pokój, z łazienką, lodówką, w niewielkiej cenie. Długo się nie zastanawialiśmy. Szybko wnieśliśmy bagaże, przebraliśmy się i ruszyliśmy w miasto. Pierwszego dnia nie zapuszczaliśmy się w góry tylko poznawaliśmy miasto. Graliśmy w cymbergaja, szkoda, że dopiero teraz poznałam taktykę jak w to wygrywać :P. Zjeżdżaliśmy też na torze saneczkowym.
 Później poszliśmy na obiadową pizzę i oglądaliśmy między innymi kamienny krąg, Głazisko, Dziobatą i Piekielnik. Młody nam już marudził, że go nogi bolą, więc zrobiliśmy niewielkie zakupy i wróciliśmy do pokoju. Po kąpieli obejrzeliśmy kilka odcinków "Przyjaciół" i poszliśmy spać. 

Drugiego dnia po obfitym śniadaniu i perfekcyjnym zapakowaniu plecaków ruszyliśmy w góry. Na początek skierowaliśmy się na Wysoki kamień, stamtąd na Zakręt śmierci. Potem Sztolnie dawnej kopalni pirytu, zbójeckie skały, Lipa Sądowa, Chybotek, Wodospad Szklarki i stara Chata Walońska. Pogoda była w ram raz. Słońce nie grzało, deszcz nie padał. Czasem tylko pojawiała się mżawka. Jedynym minusem była mgła, która ograniczała nam piękne widoki.



W drodze powrotnej zaszliśmy na obiadokolację a potem tylko do pokoju, pod prysznic i relaks przy piwku i "Przyjaciołach". Młody się wciągnął w serial :).

Poranek dnia trzeciego wyglądał identycznie jak dnia drugiego - ja i M. udaliśmy się do sklepu po pieczywo, jogurty, owoce itp. a Młody ogarniał pokój, ścielił łóżka i powoli przygotowywał śniadanie. Po najedzeniu się i skapowaniu plecaków po brzegi znów ruszyliśmy w góry. Tym razem na pierwszy ogień poszło schronisko pod Łabskim Szczytem i sam Łabski Szczyt. Akurat na naszej trasie biegli uczestnicy Maratonu Karkonoskiego. My szliśmy pod górę, oni już z niej zbiegali. Dopingowaliśmy ich brawami a nawet dzieliliśmy się naszą wodą. Słoneczko pięknie świeciło, grzało nas niemiłosiernie, wiec i widoki mieliśmy cudne.






Z Łabskiego Szczytu udaliśmy się w kierunku Śnieżnych Kotłów. Obeszliśmy je najpierw górą, potem dołem. Po drodze, zaraz po moim stwierdzeniu, że niepotrzebnie nosimy kurtki, bo pewnie deszczu nie będzie, złapał nas deszcz. Na szczęście padało krótko, choć dosyć ulewnie. Kolejnym naszym celem była Szrenica. Na samą niestety nie dotarliśmy. Przy Trzech Świnkach Młody powiedział, że on już nie ma siły, więc postanowiliśmy  kierować się nie w górę a w dół. Zejście czerwonym szlakiem z Hali Szrenickiej było nie lada wyzwaniem. kto był, ten wie. Ciężko jest hamować, gdy nogi się same rozpędzają z kolei biec tam niebezpiecznie, bo stromo. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę przy Wodospadzie Kamieńczyka a potem to już na jedzonko i do pokoju.





Ostatniego dnia naszego pobytu spaliśmy do oporu, bez budzika. W końcu są wakacje :). Po śniadaniu spakowaliśmy się i zgodnie stwierdziliśmy, że nie mamy siły i za bardzo nas bolą nogi żeby jeszcze gdzieś chodzić, więc pakujemy się do auta i jedziemy do Wrocławia nad Morskie Oko. Niestety po przyjeździe przeszła merga ulewa i piękna pogoda gdzieś zniknęła... Ulewę przeczekaliśmy w mieszkaniu a następnie wybraliśmy się na Rynek na obiad i lody. Potem pojechaliśmy na dworzec po Mamcię, która wracała pociągiem od siostry. Znów padał deszcz, więc szybko się zapakowaliśmy do auta. Na koniec wyprawy zgubiłam się we Wrocławiu ;). Ale uratowała mnie nawigacja w telefonie. Na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że pierwszy raz byłam w tamtych rejonach a mapy w necie sprawdzić nie mogłam, bo net nam nie działał w mieszkaniu... Koniec końców jakoś dałam radę, z miasta wyjechałam i bez problemu dojechałam do domu. Zrobiłam ponad 650km i jestem z siebie dumna, że tak dobrze mi poszło. Moje autko sprawuje się bez zastrzeżeń :P!




Mam nadzieję, że jesteście zadowolone ;). Jeśli ktoś, prócz widoczków, chce pooglądać też nas to zapraszam do galerii.