Gdzie jestem jak mnie nie ma? Wszędzie!
Po raz tysięczny chyba piszę, że nie ogarniam. Ale serio! Takiego maratonu jak teraz miałam nie da się ogarnąć przy zdrowych zmysłach:P. We wtorek, tydzień temu robiliśmy pożegnalnego grilla, bo M. rzucił pracę w tym cyrku z którego ja odeszłam już w lutym. Rozbiliśmy obozowisko na wałach nad Odrą i siedzieliśmy tam od 16.30 do 2 w nocy:P. W sumie przewinęło się tam około 30 osób, przynajmniej tyle naliczyłam. W środę wstałam dość wcześnie, pojechałam po spóźnione prezenty imieninowe dla Mamy i urodzinowe dla Szwagra. Potem na zajęcia, z zajęć trzeba było się dostać na obrzeża miasta żeby z siostrą i szwagrem zabrać się do domu :). Na ulicach były takie korki jakich chyba nigdy we Wro nie widziałam... Normalnie masakra. Trasa, którą zwykle jedzie się 30 minut, była tak zakorkowana, że M. jechał ponad godzinę... Czwartek i piątek upłynęły na grillowaniu, pracach domowych i spotkaniach towarzyskich. W sobotę pobudka o 4.30, o 5.40 start pociągiem do Wrocławia. Od 10 do 22 w pracy, potem imprezka urodzinowa znajomych. Powrót do domu po 3 w nocy, szybkie mycie i do spania. Pobudka po 7, od 9 znów praca... W poniedziałek rano próby(o tym zaraz), potem zajęcia i znów praca, tym razem do północy. Wtorek - pobudka o 6, bo od 7.30 miałam wykład, potem próby, próby, próby... Dzień zakończony zakupami i przespaniem popołudnia. Dzisiaj od rana zajęcia, potem znów próby i wreszcie występ. Dzisiaj n mojej uczelni było uroczyste otwarcie juwenaliów, a dokładniej AWFaliów i moja instruktorka fitnessu miała zawody aerobiku w drużynach 6 osobowych. Wydaje mi się, że wystąpiłyśmy lepiej niż nas oceniono, ale nie mi to oceniać. Mam nadzieję, że Elsie się podobało :).
Jutro mamy dzień rektorski. Jako, że pogoda raczej będzie paskudna to chyba nigdzie się nie wybiorę... Będę leniuchować i pewnie trochę posprzątam :). Bo nawet torba z majówki leży nierozpakowana :).
T-Z będzie w poniedziałek, bo w tym tygodniu niewiele zdjęć zrobiłam, nie ma czym się chwalić :).
Ściskam ;*!