Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowania do ślubu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowania do ślubu. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 października 2013

Wróciłam

Jestem, już na dobre :)
Ostatnie dwa tygodnie to był młyn największy jaki dotąd miałam. Dzisiejszej nocy i poranka wreszcie to odespałam i pełna sił wracam do świata żywych i do świata blogów. Zacznijmy od początku.
W ostatni weekend września pojechałam do domy, bo przygotowania do wesela ruszały pełną gębą. Byłam z mamą po zakupy. Torebka dla niej, buty dla nas obu na poprawiny, dwa krawaty dla M. pasujące do moich sukienek a do tego warzywa dla kucharek, bo akurat była promocja. Dzień zleciał a wieczorem pojechałam do koleżanki ozdobić pudełko na koperty - siostra chciała, aby goście nie dawali kopert do ręki tylko wrzucali do pudełka, takiej małej urny jak na wyborach ;). Pomysł trafiony i szalenie praktyczny :). Po powrocie do domu siedziałam długo z rodzicami to i w niedzielę długo spałam. Potem to już standard-pomoc mamie przy obiedzie, obiad, kawka i biegiem na pociąg do Wrocławia. W międzyczasie piekłam jeszcze muffiny czekoladowe, bo w poniedziałek miałam iść ostatni raz do fitness i dziewczyny się upominały żeby im przynieść coś słodkiego. W pociągu wzięłam się za dziennik praktyk, liczyłam wskaźnik postawy wobec kultury fizycznej. Strasznie długie, strasznie nudne i zdecydowanie za trudne pytania jak dla dzieci... Ale nie ja to wymyśliłam. Po przyjeździe do mieszkania zrobiłam sobie tylko herbatę, wzięłam trochę winogron i usiadłam nad dziennikiem. Po jakimś czasie wrócił M., trochę z Nim porozmawiałam i dalej pisałam. Tak minął czas do 1, wykąpałam się i poszłam spać. W poniedziałek rano do szkoły, po szkole do fitness. Muffiny zniknęły w mgnieniu oka, wszystkim smakowały. Trzy godziny mojej pracy minęły błyskawicznie, na koniec poszłam jeszcze na solarium, pożegnałam się i w te pędy do domu, gdzie czekał na mnie dziennik praktyk. Cały wieczór koszmarne konspekty, asysty, diagnozy. Zwariować można... Snów posiedziałam jakoś do 1-2 i poszłam spać. We wtorek wstałam razem z M. o 6 i siadłam do dziennika. Teraz jak o tym myślę to podziwiam moją determinację ;). O 9 byłam już  w szkole, prowadziłyśmy lekcję wychowawczą i robiłyśmy dzieciakom diagnozy potrzebne do dziennika. Wróciłam do mieszkania przed 15, szybko coś zjadłam i o 15 z kubkiem kawy zasiadłam do dziennika. Pisałam, pisałam i pisałam. Widziałam tylko mijające na zegarze godziny. Zrobiłam sobie dwie krótkie przerwy na zjedzenie czegokolwiek i na pójście do toalety. Koło 1 byłam już tak zmęczona, że nie dawałam rady utrzymać długopisu w ręce. Wcześniej palce poobwijałam plastrami żeby nie mieć odcisków od długopisu. Mówię Wam, masakra jakaś! Poszłam się wykąpać, obudzić się prysznicem :) i dalej pisałam. O 2.30 tak rozbolała mnie prawa ręka, że już wiedziałam, że nic więcej nie napiszę jeśli nie odpocznę. Ręka bolała okropnie, gdy tylko zginałam palce, a w prostych długopisu trzymać nie potrafię... Położyłam się do łóżka, ustawiłam budzik na 6. Zamknęłam oczy a i tak nie mogłam zasnąć, bo cały czas w głowie kłębiły mi się myśli "Nie zdążysz... nie zdążysz..." Przewracałam się z boku na bok, gapiłam w sufit i tylko myślałam co jeszcze muszę napisać. Po 3 udało mi się zasnąć, jednak przed 4 się obudziłam, bo miałam koszmar z moją opiekunką z praktyk w roli głównej ;). Wiedziałam, że już nie ma spania. Wstałam, umyłam twarz i zasiadłam do dziennika. Ręka nie bolała, bolał kręgosłup. Mam za małą lordozę lędźwiową i od długiego siedzenia w jednej pozycji mnie boli. Zmieniałam pozycję co jakiś czas, ale non stop siedziałam, więc niewiele to pomagało. Przed 6 wstał M., który był w szoku, ze nie śpię i że właściwie wcale nie spałam... On poszedł do pracy, ja z dziennikiem walczyłam jeszcze do 7.30. Potem szybko się ubrałam, poszłam do sklepu po wafle ryżowe i jogurt i od razu do szkoły. Dzienniki były prawie skończone, zostało tylko uzupełnić drobne braki, takie kosmetyczne sprawy. Poprowadziłam jeszcze 2 lekcje, mój opiekun ze szkoły przeglądał dzienniki, składał miliony podpisów, ja w międzyczasie dopieszczałam dzienniki i patrzyłam na nie z coraz większą nienawiścią... Na koniec przyszła kolej na uzupełnienie arkusza oceny. Powstawiałam sobie od góry do dołu 5, bo uważam, że zasłużyłam na nie w 100%, mój opiekun był podobnego zdania i też wpisał mi 5. W rubryce "Mocne strony Studentki" wychwalił mnie pod niebiosa, w słabych stronach wpisał tylko "drobne potyczki organizacyjne wynikające z braku doświadczenia". Mimo ogromnego zmęczenia nawet się uśmiechałam :). Potem przyszli moi ulubieni uczniowie, którym nie miałam sumienia powiedzieć, że to mój ostatni dzień w ich szkole... Łza zakręciła mi się w oku. Pożegnałam się szybko, zostawiłam dzienniki w umówionym miejscu i uciekłam. Wracałam szybko do mieszkania, było tak zimno, że cała się trzęsłam. A mimo to czułam się lekko, idealnie, szczęście wychodziło mi uszami a ja uśmiechałam się sama do siebie. Bo dałam radę, mimo wszystko i mimo krótkiego czasu. I jeszcze dzienniki zrobiłam porządnie! Byłam z siebie dumna! W mieszkaniu szybkie jedzenie, pakowanie i biegiem na pociąg. W pociągu trochę pospałam, bo byłam praktycznie nieprzytomna. Chwilę przed 18 byłam na miejscu. Na peronie czekali na mnie przyszli Państwo Młodzi. Przyjechałam do domu, w którym był tylko Brat. Reszta coś gdzieś załatwiała. Zjadłam i zaczęły się przygotowania...

O przygotowaniach będzie wieczorem, bo nie wiem kto takiego tasiemca przeczyta na raz ;)